Porozmawiajmy o dziennikarzach

Ciotka Krystyna
27/12/2017
Jakość z importu
12/01/2018
 

Nigdy nie miałem ambicji, żeby zostać dziennikarzem sportowym. W dalszym ciągu jej nie mam. Jednak oglądam i słucham wywodów tych ludzi, więc mogę zająć swoje stanowisko. To nie jest tak, panie Hajto, że jak ktoś nigdy nie grał w piłkę na poważnym poziomie – tak jak pan – to nie powinien się o niej wypowiadać. Boga, Allaha czy innego Buddy nikt nigdy nawet nie widział, a miliony ludzi o nich rozmawiają. Ja „kilka” meczów oraz wydarzeń okołoboiskowych widziałem, a prawo do wypowiedzi gwarantuje mi Konstytucja RP – najważniejszy akt prawny w tym kraju. To są właśnie „te detale”, panie Tomku.

Hajto jednak jest pozytywną postacią w tym środowisku. Ma wiedzę, szerokie doświadczenie w piłce na różnych stanowiskach oraz ten wyjątkowy sposób komentowania. Jakby znajdował się tuż przy linii bocznej, w polu przeznaczonym dla trenerów – „weź się zastaw, przerzuć na drugie skrzydło, szarpnij sam”. Do tego potrafi być dosadny i zabawny jednocześnie. Część jego zabawnych powiedzonek wynika wprawdzie z faktu, że zamiast chodzić na lekcje języka polskiego w dzieciństwie kopał piłkę o garaż lub inny trzepak. Jednak ma przy swoim boku korepetytora na etacie, czyli Matiego Borka, który ostatnią dekadę swojego życia spędził na wbijaniu Hajcie do głowy, że mówi się „meczów” a nie „meczy”. Z różnym skutkiem.

Jak już jesteśmy przy Borku, to muszę przyznać, że w mojej ocenie to prawdziwy autorytet w swoim fachu. Potrafi najładniej mówić ze wszystkich znanych mi dziennikarzy sportowych. Jest elokwentny, posiada duży zasób słów, jest błyskotliwy i generalnie mam wrażenie, że urodził się z mikrofonem w ręku. Cafe Futbol bez niego traci więcej niż nasza reprezentacja bez Lewandowskiego. Posiada rozległą wiedzę i informacje kuluarowe, które nierzadko zdradza.

Czego zdecydowanie nie robi Roman Kołton, a z moich źródeł wynika, że takowe posiada, szczególnie na temat reprezentacji. Na plus dla pana Romana jest na pewno wiedza, której nikt mu nie odmówi. Jednak mimo to w Cafe Futbol wygląda jak słabszy, adoptowany brat Borka. Ale być może to skutek zestawienia go z takim kozakiem, jakim jest Mati. Zdarzało mi się odnotować, że Romek wniósł coś do dyskusji lub że miał odmienne zdanie od Mateusza, zwłaszcza ostatnio. Jakoś tak dowcip mu się wyostrzył i potrafi powiedzieć coś niepopularnego. Jednak cień na niego rzuca dawna historia zwolnień w Przeglądzie Sportowym, kiedy to został naczelnym. Jak powiedział kiedyś złotousty śp. Pawełek Zarzeczny – wyrzucał wszystkich lepszych od siebie. Zwalniał lub doprowadzał do zwolnienia m.in. Rafała Nahornego, Macieja Polkowskiego (ponad trzy dekady pracował w Przeglądzie i to właśnie on zatrudnił Kołtonia) czy Krzysztofa Stanowskiego.

Jeśli już o Stanowskim mowa, to facet z niezwykle ciętym piórem, ciekawym spojrzeniem i celną puentą. Tego ostatniego chyba nauczył się od samego Zarzecznego. Mam tylko wrażenie, że jak pisze, to jest bezkompromisowy, czasem wręcz zero-jedynkowy, do tego szyderczy – jednym słowem świetny. A w telewizyjnej odsłonie jest już bardziej stonowany i ugrzeczniony. Ale może to tylko moje odczucie, może się czepiam. Zawsze mam też mieszane uczucia, gdy dziennikarz sportowy mocno udziela się w tematach politycznych, a żaden inny nie robi tego równie często jak Stano. To oczywiste, że ma do tego pełne prawo, że polityka otacza nas ze wszystkich stron, czy tego chcemy, czy nie. Jednak wywołując jakieś gówno-burze wpisami na Twitterze, budzi we mnie pytanie: „Kurwa po co?”. Może po prostu to lubi, bo w potyczkach słownych jest kurewsko dobry i nieustępliwy jak niegdyś Roy Keane na boisku.

Ciekawym dziennikarzem jest niewątpliwie Przemek Rudzki – kolejny podopieczny śp. Pawełka, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego“. Potrafi być zabawny i bardzo przyjemnie się go czyta. Ma miłą i ciepłą barwę głosu. Wielki fan Premier League – zarówno komentuje mecze, analizuje je, jak i prowadzi program o tej tematyce – „English Breakfast“. Program w mojej ocenie merytorycznie ciekawy, jednak nie leżą mi osoby pozostałych dwóch dziennikarzy w nim uczestniczących. Jarosław Koliński – chłopaczek, nad którym znęcano się w podstawówce – i Michał Gutka, grubasek z wadą wymowy. Naturalnie wiedzy chłopakom odmówić nie można, ale wrażenia mam, jakie mam. Zdecydowanie najdziwniejszym dla mnie momentem tego programu jest, kiedy eksperci zaczynają rozprawiać o Fantasy Premier League. Wyglądają wówczas jak trzej chłopcy z piaskownicy przechwalający się, czym zajmuje się ich ojciec. Trzech dorosłych mężczyzn zacięcie dyskutuje o tym, kogo mają na kapitanie w internetowej gierce na punkty – serio?! Niestety tylko raz wytrwałem do końca przy „English Breakfast“. Zazwyczaj wyłączam, gdy wjeżdża temat Fantasy Premier League.

Wszyscy znają duet do niedawna prowadzących Ligę+Extra Tomasza Smokowskiego i Andrzeja Twarowskiego. Para pokroju Romario-Bebeto. Połączenie idealne. Spostrzeżenia celne jak dośrodkowania Davida Beckhama, poczucie humoru jak Smoleń-Laskowik za najlepszych lat. Potrafili poprowadzić program w takim sposób, że chętnie oglądała go nawet moja żona, której, delikatnie mówiąc, nie porywają rozgrywki rodzimej Ekstraklasy. Nawet jak zdarzyła się jakaś pomyłka czy wpadka, które są nieodzowne w programach realizowanych na żywo, potrafili to umiejętnie obrócić w żart. Myślę, że ich strata dla Canalu+ będzie równie dotkliwa jak utrata praw do Ligii Mistrzów.

Kolejny świetny duet to Mateusz Święcicki i Filip Kapica. Skoro Twaro i Smoku są jak Romario i Bebeto, to Święcicki i Kapica to Dwigth Yorke i Andy Cole, mimo że biali. Goście o absolutnie nieograniczonej kreatywności. Młodzi, energiczni, ciekawi świata, z dużym poczuciem humoru, choć w razie potrzeby potrafią być poważni. Jak już się za coś biorą, to realizują to możliwie jak najlepiej. Nawet nie przejdzie im przez myśl, żeby zrobić coś na odpierdol czy przyjść do programu nieprzygotowanym. Ich dokument o Dybali wyniósł dziennikarstwo sportowe na zupełnie inny poziom. Włożyli dużo wysiłku w to, aby odnaleźć polskich przodków Paulo. Materiał zrealizowali z przytupem, odpowiednio dobrali muzykę i zbudowali klimat. Zdecydowanie polecam!

Za niepodważalną legendę dziennikarstwa sportowego należy uznać pana Dariusza Szpakowskiego. Został on odznaczony Krzyżem Zasług i Orderem Odrodzenia Polski. Na jego „Szansa? A Jezus Maaaaaaaria!” wychowało się wielu ludzi. Dysponuje oryginalną barwą głosu i prawdopodobnie rekordem popełnionych pomyłek w trakcie jednej transmisji telewizyjnej. W jednej z „Misji Futbol“ powiedział, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – w odniesieniu do pięściarza Tomasza Adamka. No właśnie, panie Darku, może już czas? Chociaż niewątpliwie mecze reprezentacji Polski w TVP bez niego byłyby czymś uboższym. Od najmłodszych lat mecze kadry kojarzyły się z głosem Szpakowskiego. Jedno jest jednak pewne, zestawienie go w „Misji Futbol“ z takimi kotami jak Smokowski czy Borek sprawia, że Szpaku nie wypada najkorzystniej.

Dziennikarze w dzisiejszych czasach mają sporą władzę. Mogą być opiniotwórczy, mogą wywoływać społeczne debaty, ale również potrafią nakręcać afery na podstawie bardziej lub mniej potwierdzonych informacji, nierzadko całkowicie bzdurnych. Tak naprawdę to od nich zależy, ile spraw ujrzy światło dzienne i, co równie ważne, w jaki sposób zostaną przedstawione. A które tylko zostaną obśmiane za zamkniętymi drzwiami przy butelce dobrej whiskey. Dziennikarze sportowi bywają stronniczy, czasami aż rażąco. Przykładowo każda styczność z hiszpańskim futbolem u Piotra Labogi skutkuje erekcją. Takie odnoszę wrażenie, słuchając, jak jest zajarany, gdy mówi o drużynach z Katalonii czy innej Andaluzji.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że wszyscy wyżej opisani są w większym lub mniejszym stopniu dziennikarzami telewizyjnymi. Na antenie, szczególnie w programie na żywo, jest łatwo o błąd. Trudniej wyzbyć się własnej maniery, swoistego tiku, który prawie każdy z nas posiada. Pisanie jest o wiele łatwiejsze. Pisząc, można każde zdanie przemyśleć pięć razy, nanosić dowolną ilość poprawek, a wersję ostateczną oddać jeszcze do korekty. Dlatego bycie piłkarskim dziennikarzem nie jest łatwym zadaniem. Musisz być JAKIŚ. Konkretny, mocny, pewny siebie i własnych umiejętności. No i musisz potrafić to wszystko zaprezentować. To chyba najtrudniejsze zadanie.

Dziennikarzem, który potrafił świetnie pisać i jednocześnie bardzo dobrze wypadał w telewizji, był niewątpliwie Zarzeczny. Pióro miał wyjątkowo ostre, a zarazem lekkie. Dokładnie taki sam był w programach telewizyjnych – i to na żywo. Był bardzo otwarty, z właściwą sobie swobodą nawiązywał kontakt ze słuchaczem czy widzem, a jego wiedza wykraczała daleko poza piłkę kopaną. Człowiek o wyjątkowej inteligencji i erudycji. To właśnie Pawełek wyznaczał trendy. Tylko że jak był sobą i wyrażał swoje opinie, to dla wielu był „Zarzeczny, ty chuju, tłusta świnio” etc. W mojej ocenie po prostu wyprzedził swoją epokę. To on nauczył wielu ludzi, że na gówno mówi się gówno, a jak ktoś przerżnął, to po prostu przerżnął, a nie poniósł niefortunną porażkę. Swoisty Maradona dziennikarstwa sportowego. Z tym że nigdy tak naprawdę nie został doceniony. To nie jego wina, bardziej społeczeństwa, dla którego pisał. Nie wrzucę tu żadnego „the best of“, bo żaden z nich nie jest wystarczająco dobry. Wrzucę za to piosenkę, którą Paweł bardzo lubił.

Cześć jego pamięci!

04/01/2018

8 Comments

  1. Adam Didur says:

    Dobry tekst, pozdrawiam!

  2. WujekRemo says:

    Trafiłem tu z Twojego komentarza na Weszło – nie żałuję, świetny tekst, strona dodana do paska zakładek, będę zaglądał częściej. “Nigdy nie miałem ambicji, żeby zostać dziennikarzem sportowym.” – sportowym może i nie, ale nie umiem oprzeć się wrażeniu, że dziennikarzem w ogóle jesteś, lub byłeś – dużo trafnych spostrzeżeń, dużo wskazujących na znajomość dziennikarskiej kuchni porównań… Trafiłem, czy po prostu masz wyostrzony zmysł obserwacji i lekkie pióro? 😉 Pozdrawiam!

    • Sir Mutton says:

      Niestety, a może stety nigdy nie byłem dziennikarzem, nie mam wykształcenia w tym kierunku, a pracuję w zupełnie innej branży. Pisać zacząłem w październiku zeszłego roku, czysto hobbistycznie. Wielkie dzięki za miłe słowo i również pozdrawiam!

  3. jas says:

    Zacznijmy od tego, iż całe rodzime dziennikarstwo jest słabe i bardzo słabe. Rodzime dziennikarstwo tak bardzo zapatrzyło się w swoje “mądrości” no i oderwało od rzeczywistości. Co do dziennikarzy sportowych to mamy ich poniżej dziesięciu (10). Celowo i świadomie pomijam nazwiska. Wystarczy śledzić (niestety mało kto to czyni) rynek medialny aby się o tym przekonać.
    Prasa generalnie w RP zdechła, stacje radiowe to głównie polityczne bełkoty i muza z puszki, telewizornia to przeróżne mydlane seriale, liga mistrzów i inne tańce z gwiazdami. Nooo, ale jest CÓŚ takiego jak ćwierkanie w necie, wiadomo współcześni “dziennikarze” jedynie tweetami żyją, się komunikują i informacjami dzielą@wymieniają.
    Sugeruję aby się wyłączyć całkowicie z kontaktu wszelakiego(jeżeli jest to możliwe) i żyć(?) tym co ćwierkają nasi dziennikarze. Gwarantuję, gdy po dwóch-trzech dniach wrócicie do realu przeżyjecie szok termiczny, kulturowy, obyczajowy. Niestety rodzimi dziennikarze, sportowi również, mają swój intymny mały półświatek. Oni tworzą “fakty”, oni ćwierkają “newsy”.
    Oni sami się nakręcają FAKE NEWSAMI. Które sami produkują!
    O poziomie dziennikarstwa RP świadczy jak są “szkoleni@nauczani” przyszli adepci sztuki medialnej.
    Czy safanduła, lowelasik, może coś komuś przekazać wartościowego?
    Nie !
    Takiego “wykładowcę” na uczelni interesuje ile dostanie za wykład i kiedy kasa wpłynie na konto.
    OK, starczy gdyż wkraczamy w sfery moralno etyczne, a to jest ciało obce rodzimej dziennikaterii !

  4. Napoleoni says:

    Coś w tym jest. Sam wielokrotnie na swojej stronie pisałem o niskiej wartości merytorycznej wielu dziennikarzy. Są tacy którzy prowadzą swoje blogi i widac że robią to z pasją, ale bez większego nacisku na zarobek, ale są też tacy którzy za wszelką cenę chcą mieć z tego dużą kasę. Niestety odbija się to później na poziomie bo teksty tworzone są na siłę, a nie z chęci przekazania czegokolwiek. Mnie osobiście zalewa również krew jak widzę pseudoekspertów którzy teraz brylują w mediach tylko dlatego że kiedyś byli zawodnikami, a zupełnie nie mają nic do zaprezentowania swoimi wypowiedziami. Wolę sto razy poczytać wpisy pasjonatów niż oklepane teksty “ekspertów”. Pozdrowienia 😉 Trzymam kciuki za stronę i zapraszam do odwiedzania mojej 🙂

  5. Kamil says:

    Bardzo fajny tekst!
    Gratulacje 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *