Liga kiszonych ogórków

Sparing pod stadionem
08/10/2017

Mamy połowę września, za oknem szaro, smętnie i depresyjnie, a mimo to z każdej strony próbują nam wpierdalać piłkę, że to piękna polska złota jesień. Ta jesień jest tak prawdziwa jak nasza pozycja w rankingu FIFA. Totalnie oderwana od rzeczywistości. No bo niby jak możemy czuć się 6. siłą w światowym futbolu? Pod jakim względem jesteśmy lepsi od narodowych reprezentacji Kolumbii, Francji, Hiszpanii, Włoch czy Anglii? Gra naszej kadry w 95% uzależniona jest od dyspozycji Króla Roberta, a jego kontuzji żaden z kibiców woli sobie nawet nie wyobrażać. Nasze „Orły” grzeją ławy Serie A, Premier League czy Bundesligi. Co z tego, że na papierze przynależność klubowa Polaków wygląda okazale? W Football Managerze 2014 miałem Mateusza Wieteskę w Manchsterze United. No i?

Wydawać by się mogło, że skoro zagraniczni kadrowicze Nawałki nie mają najlepszego okresu w swoich klubach, to może warto uzupełnić zespół kilkoma kopaczami z Lotto Ekstraklasy. Tylko kim? Legionistami, którzy zbierają wpierdol, gdziekolwiek się nie ruszą? Chociaż generalnie nawet ruszać się nie muszą, bo stadion przy Łazienkowskiej ciężko nazwać twierdzą. Lechitami dumnymi po odpadnięciu z 3. rundy eliminacji Pucharu Euro-Pocieszenia ze słabym Utrechtem? A może rewelacją minionego sezonu – Jagiellonią, w której Polaków prawie nie ma?

Mateusz Borek powiedział niedawno w „Cafe Futbol”, że on już się polskiej lidze nie da oszukać, że nawet czarowanie w tejże lidze nie przekłada się na choćby poprawną grę na tle rywali z lig zachodnich. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Jednak wszyscy podświadomie wierzymy, że może coś się zmieni, że coś się ruszy, w końcu Legia w minionym sezonie zagrała w fazie grupowej Champions League. A więc kupujemy piwa, chipsy, zasiadamy przed telewizorami i oglądamy, jak nasze ligowe tuzy dostają w łeb od FC Midtjylland, Gabali, czy Sheriffa Tiraspol. Spokojnie, ja też nie wiem, kim są dwie ostatnie drużyny w tej trójce gigantów. No i jakie my – kibice – wyciągamy z tego wnioski? Każdy powie, że wstyd, kompromitacja, żenada. Ale za niespełna rok znów wyruszymy do Żabki po wikt i zasiądziemy przed naszymi płaskimi telewizorami. I wiecie, co się zmieni? Tylko odbiorca naszych przelewów, bo od przyszłego sezonu będzie to Polsat w miejsce Canal+.

Nic nie zmieni nawet to, że prezes Mioduski wypieprzył Jacka Magiera, a w jego miejsce zatrudnił trenera, który jeszcze nie prowadził żadnej drużyny seniorów. Nigdy. Nigdzie. Na żadnym poziomie rozgrywkowym. Początek Romeo Jozak ma chyba nawet gorszy od Besnika Hasiego, a nie ukrywajmy – jest to nie lada wyczyn. Mało tego! Razem z trenerem Magierą wylecieli: dyrektor sportowy Michał Żewłakow, dyrektor do spraw skautingu Marcin Żewłakow, asystent trenera Tomasz Łuczywek oraz trener od przygotowania fizycznego Sebastian Krzepota. Na niemałe porządki zdecydował się pan prezes. Pytanie brzmi, czy efektem tego nie będzie jeszcze większy burdel. Bezdyskusyjną kwestią jest, że w Legii działo się źle, wyników nie było i w sumie nawet nie było widać, że zespół odbije się od dna i wróci na właściwe tory. Bardziej to wyglądało na utknięcie w mule, którym to dno jest pokryte. Zrozumiałym również jest to, że w piłce nie ma posad za zasługi. I skoro Legia w tym sezonie gra piach, to odpowiada za to trener. Ten sam, który po przeszło 20 latach zagrał z tym klubem w Lidze Mistrzów. Moim zdaniem Magiera zasłużył na większy kredyt zaufania. Abstrahując nawet od zapewnień Mioduskiego, że trener ma pełne poparcie klubu. Co generalnie już urosło do rangi legendy. Każdy prezes zapewnia, że trener jest jego człowiekiem i może być pewny swojej posady, nawet jak przykładowo pięć meczów z rzędu przerżnął. Kilka dni, ewentualnie tygodni po tych zapewnieniach przeważnie pojawia się informacja o rozwiązaniu kontraktu ze szkoleniowcem. Legijną drogą postanowiono pójść również w Gdańsku. Tam to w ogóle prezes Mandziara zapewniał, że wolałby wymienić pół składu niż spuścić Nowaka. Po czym zwolnił Piotrka z funkcji trenera, powierzając mu rolę dyrektora sportowego, a w jego miejsce zatrudnił trenera od przygotowania fizycznego. Zupełnie nie przekonują mnie takie zagrywki. Wychodzi na to, że w Krakowie na największego faworyta do przejęcia roli Probierza wyrasta szatniarz.

Postarajmy się zrozumieć fakt, że trenerzy w Ekstraklasie nie mają lekkiego życia. Generalnie pozycję wyjściową mają słabą, a grajków mają, jakich mają. No umówmy się, klasowych w tej lidze nie ma, delikatnie mówiąc. Czasu i spokoju do wprowadzania w życie jakichś długofalowych planów też nikt im nie daje. Każdy oczekuje wyników tu i teraz. Baz treningowych jak nie było, tak nie ma. Sieć scoutingu w wielu klubach ogranicza się do Słowacji i Litwy. Z takimi składowymi nie można odnieść sukcesu. Wiele rzeczy jest postawionych na głowie w naszej lidze. Na wiosnę włodarze klubów z górnej piątki zapewniają, że będą się bili o puchary. Jak już się to uda, okazuje się, że to oni są bici w tych pucharach przez byle ogórów chuj-wie-skąd. Kraina sprzeczności. Może polskie zespoły powinny powiedzieć wprost, że gra w europejskich pucharach ich nie interesuje, że nie chcą się kompromitować i wolą się kisić wyłącznie we własnym sosie. Nikt jednak nie ma takiej odwagi. Najbliżej był Michał Probierz mówiący o „pocałunku śmierci” w początkowych fazach rozgrywek. Być może dlatego spierdolił z Jagiellonii, żeby nie musieć jej prowadzić na europejskiej arenie. Zdecydował się na Cracovię, z którą robi wszystko, żeby o puchary się nawet nie otrzeć.

Musimy zrozumieć jedną podstawową rzecz – zeszłoroczne występy Mistrza Polski w Champions League były wyjątkiem. Standardem są coroczne „eurowpierdole”. Nie odwrotnie! Zachód nam odjeżdża i to wcale nie jest tak, że to my ich gonimy. A nawet jeżeli optymistycznie przyjmiemy, że tak jest, to Zachód odjeżdża nam w Lambo, a my próbujemy ich doścignąć na Komarku.

Nasza liga jaka jest, każdy widzi, ale wciąż jest nasza, polska, lokalna. I nieważne, jak wielu gra w niej Słowaków, Czechów, Litwinów czy innych Chorwatów. Patriotyzm lokalny jest dość silny w narodzie i to jest na pewno pozytywne zjawisko. Skoro jednak jest to polska liga, to niech do cholery grają tam Polacy! Dajmy szanse młodym chłopakom, niech się ogrywają, niech walczą. Poziom Ekstraklasy akurat do ogrywania młodych jest jak znalazł. W każdej normalnej lidze jest tak, że jeśli obcokrajowiec jest zbliżony umiejętnościami i wiekiem do chłopaka z danego kraju, to gra ten, który jest u siebie. I to jest z korzyścią dla całej federacji piłkarskiej danego kraju. A my ściągamy byle grajków, którym udało się kilka razy prosto kopnąć piłkę, i na siłę próbujemy robić z nich gwiazdy na handel. Albo bierzemy ludzi totalnie nieprzygotowanych do gry, na oko będących na diecie podobnej do tej, którą preferują niektórzy zawodnicy Śląska Wrocław. I ci przetłuszczeni gwiazdorzy, często potykający się o własne nogi, grają w pierwszych składach swoich drużyn, bo muszą się odbudować. A młode szczupłe chłopaki siedzą na ławkach, bo nie są gotowi do fizycznych starć w dorosłej piłce – jak głoszą trenerzy. A gdzie mają zbierać to doświadczenie, skoro połowa klubów z ESA 37 zrezygnowała z drużyny rezerw? Poza tym pamiętajmy, że to przecież jest piłka nożna, a nie boks – zawodnicy nie muszą być zbliżeni do siebie wagą czy zasięgiem ramion. Liczą się umiejętności i spryt. A tego drugiego – my Polacy – zawsze mieliśmy w nadmiarze.

06/10/2017

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *