Jakość z importu

Porozmawiajmy o dziennikarzach
04/01/2018
Jach mogłeś to zrobić?
05/02/2018
 

Ekstraklasa jest jak młodszy brat - gdy jest koło ciebie, to cię męczy, narzekasz na niego, ale jak tylko wyjedzie na kolonie, to zaczynasz za nim tęsknić. Liga jest jaka jest, ale jest nasza, „made in Poland”, i dlatego nam jej brakuje. Wiem, że nie tylko ja tak mam, ostatnio nawet moja żona pytała zaniepokojona, kiedy nasze ligowe tuzy wrócą na boiska.

W polskiej lidze grali już niegdyś Kenneth Zeigbo, Kalu Uche, Edson da Silva, Marcelo czy Ondrej Duda. Nikomu nie trzeba mówić, kim oni byli i co dawali swoim drużynom. Jednak większość zawodników sprowadzanych do naszej ligi ma jakiś defekt, jak śp. Rysiek Riedel - świetny wokalista, ale jednak ćpun z długą listą niesubordynacji. Nawet taki Olisadebe - gwiazda może i nawet europejskiego formatu, ale zaledwie kilkusezonowa. Z czasem wyszło na jaw, że był trochę jak fura czochrana z Rajchu. Niby stuprocentowy bezwypadek, serwisowany w ASO, a tak naprawdę z kręconym licznikiem i po dzwonie, bo jego metryka była równie oryginalna jak książka serwisowa kupiona na Allegro, a kolana miał w takim stanie, że mógłby się ubiegać o rentę od ZUS-u.

Mam na myśli to, że szkoleniowiec polskiego klubu nie może poprosić dyrektora sportowego, żeby ten sprowadził mu np. skrzydłowego, który jest jednocześnie szybki, potrafi dobrze dośrodkować w pełnym biegu, dysponuje świetnym dryblingiem, jest dobrze wyszkolony technicznie i cechuje go profesjonalne podejście do zawodu. No i najlepiej jakby jeszcze był dostępny za darmo, ewentualnie żeby był do kupienia za worek piłek treningowych. To absolutnie niemożliwe w naszych realiach. Trener musi wybierać z piłkarzy, którzy spełniają dwa, maksymalnie trzy z sześciu wymienionych warunków.

Jest również opcja ściągania zawodników, którzy są młodzi, prezentują w momencie transferu potencjał pozwalający sądzić, że w przyszłości mogą się rozwinąć w naprawdę dobrego piłkarza, jak np. Dominik Nagy. Sprowadzani byli również zawodnicy, którzy najlepsze lata kariery mieli już za sobą, jednak ich umiejętności, nawet na takim etapie ich karier, wystarczały na Ekstraklasę – wypisz wymaluj Daniel Ljuboja. Były też transfery zawodników z papierami na naprawdę solidne granie, jednak zapuszczonych lub/i znajdujących się na ostrym zakręcie i potrzebujących odbudowy (Vadis Odjija-Ofoe).

Niełatwo jest trafić z transferem zagranicznym. Dyrektorzy sportowi mają mocno ograniczone pole manewru, jednak z drugiej strony to właśnie na tym polega ich praca. Muszą potrafić odróżnić francuski ser z niebieską pleśnią od goudy kupionej na przecenie w Biedronce, która spleśniała niedawno w mojej lodówce. O tym gorszym sorcie zaciągu zza granicy pisałem TUTAJ. Dlatego warto również wskazać tych piłkarzy, których sprowadzenie należy uznać za dobry ruch, tych, z których zakupu dyrektorzy mogą być zadowoleni. Mogą wypierdolić swoje wypastowane na wysoki połysk buty z włoskiej skórki na biurko, wziąć do ręki szklaneczkę niebieskiego Jacka i powiedzieć do siebie „good job”.

Moim absolutnym liderem jest Carlos Lopez z Wisły Kraków. Sprowadzony na zasadzie wolnego transferu (a jakże by inaczej!) z rezerw Villarrealu, grających w Segunda Division B, czyli III poziomu rozgrywkowego w Hiszpanii. 21 meczów, 15 bramek i 4 asysty w naszej lidze – liczby mówią same za siebie. Do tego dochodzi styl gry Carlitosa - potrafi operować zarówno na obu flankach, jak i w środku. Technicznie jest zaangażowany jak Krzysiek Stanowski w politykę na Twitterze. Potrafi grać zarówno prawą, lewą nogą, jak i głową, mimo że wszystkie bramki strzelił prawą. Posiada rzadką w naszej lidze umiejętność dryblingu, nie boi się tego robić, śmiało wchodzi w pojedynki 1 na 1 i często je wygrywa. W każdym meczu jest widoczny, daje różne możliwości rozegrania, jest kreatywny i sporo widzi na boisku. Ma najwyższy procentowy udział przy bramkach swojego zespołu. Generalnie przerasta tę ligę jak Hummels Pazdana. Jeśli ktoś jeszcze nie widział Turbo Kozaka z Carlitosem w roli głównej, to zdecydowanie polecam.

Kolejnym zawodnikiem, któremu śmiało można przybić certyfikat jakości, jest Igor Angulo. Hiszpan sprowadzony przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu do grającego wówczas w I lidze Górnika Zabrze z greckiej Super League. Za darmo rzecz jasna. Typowa „9”, lis pola karnego, egzekutor bezlitosny niczym John Rambo. Piłka przeważnie spada mu pod nogi, a jak już spadnie, to on doskonale wie, gdzie należy ją umieścić. Dysponuje imponującą wręcz szybkością, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę jego wiek. Efektem tego jest 18 bramek w 20 meczach, do tego jeszcze 1 asysta. Patrząc na jego poczynania, zaczynam sobie zadawać pytanie, czy to on jest taki dobry czy ta liga jest taka słaba. Skoro 34-latek wjeżdża w Ekstraklasę z buta z I ligi, wciąga ją, przeżuwa i wysrywa, nie brudząc sobie przy tym spodenek, to coś z tą naszą ligą musi być nie tak.

W rozgrywkach na takim poziomie praktycznie z marszu wyróżniają się zawodnicy potrafiący dryblować, choćby przyzwoicie. Niewątpliwie umiejętność tę posiada Darko Jevtić. Do tego jest kreatywny, potrafi zagrać prostopadłą piłkę, a raz na jakiś czas nawet uderzyć z dystansu. Na Ekstraklasę to poziom umiejętności predysponujący do stania się prawdziwą gwiazdą. Szwajcara serbskiego pochodzenia przyjemnie się ogląda. Piłka mu nie przeszkadza, nie myśli tylko o tym, żeby jak najszybciej oddać ją do byle którego kolegi z drużyny. Wręcz przeciwnie - czasem aż za bardzo chce ją mieć przy nodze, holować. Jednak na naszym podwórku mało gra się na jeden kontakt, a szybkość gry tylko z nazwy jest szybkością. No ale jak mielibyśmy ją nazywać - wolność gry? Wolność dla Tybetu - to jeszcze jakoś brzmi, ale wolność gry już niekoniecznie. W związku z tym nawet takie przetrzymywanie piłki nie przynosi jakichś wielkich strat drużynie. Jevtić sprowadzony został 3,5 roku temu w ramach wypożyczenia z rezerw FC Basel za 100 tys. euro, a w styczniu 2015 roku Lech wykupił go definitywnie za dodatkowe 350 tys. W naszych realiach to poważne pieniądze, które zaczynają się pomału zwracać. Szkoda tylko, że w aktualnym sezonie nękają go kontuzje i nie może w pełni pokazać swoich umiejętności.

Jest jeszcze kilku ciekawych zawodników, którzy zasługują na kilka słów. Weźmy takich braci Paixao. To typowy przykład zawodników, którzy są skrojeni na miarę Ekstraklasy. Nigdzie indziej nie zaistnieją, a gdziekolwiek by nie wyjechali, to przepadną. Marco po 2 sezonach w Polsce spróbował przecież sił w Czechach i odbił się jak piłeczka kauczukowa od ściany. W lidze czeskiej, nie włoskiej czy niemieckiej. Na naszym podwórku jednak w każdym sezonie portugalscy bracia stanowią ważny element swojej drużyny. Tak było wcześniej w Śląsku i tak jest teraz w Lechii. Dodatkowo warto wspomnieć takich kopaczy jak Arvydas Novikovas, Fedor Czernych czy Kasper Hamalainen. Jednak w mojej ocenie do trójki wymienionej wcześniej im daleko, mimo że mają całkiem niezłe liczby. Novikovas, mam wrażenie, pewnego poziomu już nie przeskoczy. Czernych musiałby przejść do mocniejszej drużyny, żeby pokazać, czy przypadkiem też nie dotknął już głową sufitu swoich możliwości. Hamalainen z kolei przypomina mi Kryszałowicza - jakiś taki zgarbiony, flegmatyczny, ospały. Nic na to nie poradzę, że lubię oglądać zawodników grających nie tylko efektywnie, ale i efektownie. A takich u nas można policzyć na palcach jednej ręki.

Nie wierzę w to, że nową jakość do ligi wniesie Eduardo da Silva znany z występów z Arsenalu i Szachtarze za swoich najlepszych czasów. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Nie wiem, czy Chorwat brazylijskiego pochodzenia okaże się wzmocnieniem Legii. Wiem za to na pewno, że takim okaże się, oddanie Jakuba Czerwińskiego na wypożyczenie do Piasta. Legia jednym ruchem transferowym wzmocniła swoją kadrę, jednocześnie osłabiając drużynę z Gliwic. Sprytnie.

12/01/2018

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *